wtorek, 12 listopada 2013

"A TO JEST WIELKA ŚWIĘTOŚĆ..." Wanda Brodzikowska



Marek Paweł Tomaszewski

"A TO JEST WIELKA ŚWIĘTOŚĆ, NIEMAL BOHATERSTWO". Świadectwo życia 14-letniej Wandy Brodzikowskiej

artykuł z czasopisma "KATECHETA. Miesięcznik poświęcony katechezie i wychowaniu religijnemu" nr 11 (listopad) 2013, s. 79-84.

FRAGMENTY:
W „Posłańcu Serca Jezusowego” w listopadzie 1937 r. opublikowana została następująca opowiastka: Pewnego dnia, przybyła do Nieba skromna duszyczka, o której mieszkańcy niebiescy wiedzieli tylko tyle, że niczym szczególnym nie odznaczała się na ziemi, żadnego prześladowania nie przecierpiała, nie pamiętano nawet, czy w ogóle widziano ją kiedy ze łzą w oku. Była cichą i nieznaną. Zdziwili się niemało niebianie, skoro zobaczyli, że ją Pan Bóg przyjął prosto do Nieba, bez przejścia przez czyściec, a w Niebie wyznaczył jej miejsce bardzo chwalebne. Zdumione i pytające spojrzenia skierowały się w stronę jej Anioła Stróża: „- Co to ma znaczyć?”. Wtedy, Anioł Stróż skłonił się głęboko przed tronem Bożym i otrzymał pozwolenie przemówienia paru słów do Dworu Niebieskiego. „- Dusza ta zawsze z zadowoleniem przyjmowała swoją cząstkę światłą słonecznego, niepogody i deszczu. Stale była spokojna i radosna. Cokolwiek ją spotkało, przyjmowała to z wdzięcznością, jako dar Boży. Nie oburzała się nigdy na nic, co nie było wprost grzechem. A to jest wielka świętość, niemal bohaterstwo”.
Jak nic nadzwyczajnego nie było w ziemskim życiu tej duszy przyjętej wprost do Nieba, tak niczym nadzwyczajnym nie odznaczała się Wanda Brodzikowska, zmarła po krótkiej chorobie 31 stycznia 1939 r., w wieku 14 lat. Jej życie i odejście przetrwały jednak we wspomnieniach rodziny i przyjaciół, zebranych kilkanaście lat później przez duszpasterza młodzieży ks. Stanisława Piotrowskiego (1912 – 1998). Wspomnienia te przeleżały 50 lat w zapomnieniu jako maszynopis w archiwum bibliotecznym. W 2008 r. zostały opublikowane w formie książkowej przez ks. Janusza Stańczuka pod tytułem: „Byliście rodzicami świętego dziecka. Historia Wandzi Brodzikowskiej z Włocławka”. Wyłania się z nich obraz zwyczajnej, lecz dojrzałej duchowo dziewczynki, świadomie oczekującej spotkania z Bogiem. To kolejny przykład świętego dziecka, który może posłużyć nauczycielom religii i katechetom jako inspiracja i pomoc w motywowaniu swoich uczniów w dążeniu do świętości. 
1. Świętość w zwyczajnym życiu Wandy
2. Świętość w przygotowaniu do śmierci
3. Narodziny dla nieba
4. Czy młodzi święci muszą umierać w młodym wieku? 




wtorek, 1 października 2013

"Siostra Betlejemitka z Gwatemali"

Marek Paweł Tomaszewski: 
"SIOSTRA BETLEJEMITKA Z GWATEMALI":
 Maria Vincenta Rosal Vazquez, (Maria od Wcielenia i Najświętszego Serca Jezusowego). 
Artykuł z "ECHA Z AFRYKI I INNYCH KONTYNENTÓW"
nr 10 (październik) 2013, s. 241-242. 














"RADOŚĆ w życiu Piotra Jerzego Frassatiego"

Marek Paweł Tomaszewski
"RADOŚĆ W ŻYCIU BŁ. PIOTRA JERZEGO FRASSATIEGO"
artykuł z czasopisma "KATECHETA. Miesięcznik poświęcony katechezie i wychowaniu religijnemu" nr 9 (wrzesień) 2013, s. 66-70.

fragmenty:

Bł. Piotr Jerzy Frassati urodził się w Turynie w Wielką Sobotę, 6 kwietnia 1901 r., w bogatej, mieszczańskiej rodzinie piemonckiej. Jako zdrowy, wysportowany i przystojny student, był szczerze podziwiany i lubiany przez koleżanki i kolegów, których często namawiał do górskich wspinaczek w Alpach, ale także do udziału w nabożeństwach kościelnych, procesjach i adoracjach. Aktywnie działał jako świecki we wspólnotach i stowarzyszeniach katolickich, jak również w ruchach działających społecznie i politycznie.
Losy jego rodziny zostały splecione z Polską: jego jedyna siostra Luciana w styczniu 1925 r. wyszła za mąż za polskiego dyplomatę Jana Gawrońskiego. Sam Piotr Jerzy także odwiedził Polskę: w grudniu 1922 r. zwiedzał kopalnie w Katowicach, w drodze powrotnej spędził pół dnia we Wrocławiu.
Zmarł 4 lipca 1925 r., Papież Jan Paweł II określił go mianem „Człowieka ośmiu błogosławieństw” i uroczyście beatyfikował 20 maja 1990 r.
Piotr Jerzy doszedł do doskonałości we wszystkim, co młodego człowieka czynić może miłym Bogu i ludziom. Był młodzieńcem pełnym zdrowia i sił, o pogodnym i zrównoważonym umyśle, z duszą oddaną całkowicie Panu Bogu, którego codziennie nawiedzał i przyjmował w Eucharystii, z radosnym sercem przepełnionym życzliwością dla ludzi i wszystkich stworzeń Bożych, z sercem zdolnym do rozmiłowania się we wszelkim pięknie. Usposobienie miał proste, niekiedy …aż do pełnej wdzięku naiwności”. Nie wiedział co to pycha, podejrzliwość czy zazdrość. Dla wszystkich był uprzejmy. Wewnętrzna pogoda ducha tryskała na zewnątrz …niefrasobliwą wesołością – niby wartki strumień z górskich zboczy”. Warto zatem choćby pokrótce przybliżyć ten rys osobowości bł. Piotra, jakim była chrześcijańska radość. 

1. Radość czerpana z pracy w ogrodzie
2. Radość czerpana z obcowania z przyrodą
3. Radość czerpana ze sportu
4. Radość czerpana ze sztuki.
5. Radość czerpana z przyjaźni
6. Radość nadprzyrodzona i cierpienie







wtorek, 24 września 2013

ANTONI SCHEUR. Cz. 0.: Wstęp

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 0.: Wstęp

Jedną z rzeczy bardzo rzadkich w ludziach, a tak potrzebnych, o ile się chce dojść do wielkich celów, jest wytrwała stałość – stałość, która nie zważa, co się naokoło dzieje, która każe dążyć w jednym kierunku bez najmniejszego wahania i bez zwracania uwagi na różne przeszkody, które mogłyby niektóre jednostki zrażać. Ja postanowiłem sobie dążyć do miłości Boga. (…) Tak więc, wierzę w potęgę Miłości Boga i stale będę się nią kierował w życiu, chociażby nawet wydawało mi to się chwilowo bezpodstawne. Miłość dla Miłości i w imię Miłości (20 grudnia 1919 r.).
Musze być wytrwałym i stałym, aż osiągnę cel, do którego w danej chwili dążę. Chcę być doskonałym, wspaniałym lotnikiem (19 stycznia 1920 r.). Postanowiłem sobie być wybitnym, najdoskonalszym lotnikiem. Mam do tego życzenia liczne powody. Przede wszystkim, jest to mój obowiązek wobec Boga, Polski, Matki, ludzkości. Jeżeli co robić, to trzeba to robić doskonale, i koniec; co do tego to chyba nie ma dyskusji (28 stycznia 1920 r.).

Powyższymi słowy Antoni Scheur w pisanym przez siebie Pamiętniku wyraził swoje największe pragnienie: pragnienie doskonałości. Z tych krótkich zapisków, tak jak i z wszystkiego, co napisał, wynika, że w pełni świadomie i konsekwentnie dążył do własnej doskonałości, mającej jakby dwa oblicza. Pierwsze, to doskonałość chrześcijańska, duchowa, czyli doskonałość Wiary i Miłości ku Bogu i drugiemu człowiekowi. Drugie natomiast oblicze to doskonałość ludzka, doskonałość w tym, co się robi w codziennym życiu. Dla Antoniego była to doskonałość w pilotowaniu samolotów. Ta ludzka doskonałość wynika jednak z doskonałości chrześcijańskiej, obydwie bowiem ze sobą się przeplatają i są nierozdzielne. Antoni Scheur o tym wiedział. Całe jego życie jest wytrwałym dążeniem do autentycznej, pełnej doskonałości. 

ANTONI SCHEUR. Cz. 1.: Rodzice

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 1.: Rodzice

Ojciec Antoniego – Jan Scheur – pochodził z Francji, był rodowitym Alzatczykiem, weteranem wojny francusko-niemieckiej z 1870 r. Po klęsce musiał opuścić rodzinny kraj. Przybył do Polski, którą pokochał jak swoją drugą Ojczyznę. Był człowiekiem poważnym; od siebie wymagał wiele, dla innych był niezwykle dobry i wyrozumiały. Pomimo zewnętrznej szorstkości, tkliwą miłością darzył swoją rodzinę, a nawet innych ludzi od siebie zależnych, opiekując się zwłaszcza sierotami i wdowami. Jako rolnik z zawodu, po dotarciu do Polski przez pewien czas zarządzał podupadłym majątkiem oraz cukrownią w powiecie makowskim. Tam poznał przyszłą żonę Marię, córkę Zofii z Limanowskich i Łukasza Włodarkiewiczów, która była siostrzenicą właściciela majątku. Po doprowadzeniu powierzonego sobie majątku do zadowalającego stanu, kupił mały dworek z kawałkiem ziemi niedaleko Ostrołęki i tam przeniósł się wraz z rodziną.

Po wybuchu I wojny światowej, Scheurowie wyjechali na wschód: najpierw do Mińska, następnie do Kijowa. Tam, po ciężkiej chorobie, Jan Scheur zmarł dnia 18 lipca 1916 r.

ANTONI SCHEUR. Cz. 2.: Dzieciństwo

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 2.: Dzieciństwo

Antoni Scheur urodził się 11 marca 1896 r. w Gucinie koło Ostrołęki. Najwcześniejsze lata jego życia pięknie opisał ks. Stanisław Tworkowski: Atmosfera dziecięcych lat Antosia utkana była z subtelnych włókien miłości, głębokiej wiary, piękna wsi polskiej, czaru muzyki, w których tonach matka Antosia zamykała całą moc macierzyńskiej miłości, grając na prośbę dziecka pieśni, kołysanki i melodie przeróżne. Z natury wrażliwa dusza dziecka wchłaniała w siebie radosną i głęboką atmosferę domu. Pieszczoty i pewna słabość, którą żywili rodzice i rodzeństwo do ukochanego malca, wcale nie psuły jego charakteru. Dziecko wzrastało w poczuciu karności, może to był wpływ ojca – żołnierza, w każdym bądź razie zarówno w okresie dziecięcym, jak i w późniejszym życiu, nie spotykamy w chłopcu zupełnie swawoli, lub lekceważenia obowiązku, wad tak bardzo właściwych dzieciom i dorastającej młodzieży. Antoś z przedziwną świadomością, od najwcześniejszych lat, rozpoznawał dobro i zło i z pewnym szlachetnym uporem dążył do osiągania dobrych celów.
Tak więc, od najmłodszych lat Antoni dążył do …osiągania dobrych celów, czyli – mówiąc inaczej – do doskonałości. Nie brakowało w jego dzieciństwie odruchów współczucia i miłości ku innym ludziom. Jego mama opowiadała później pewien epizod z siódmego roku życia Antoniego: Odwiedziłam wraz z Antosiem ciężko chorego naszego ogrodnika. Starzec leżał na łóżku ze zwieszającą się bezwładnie ręką. Antoś podszedł do łóżka, a wziąwszy delikatnie rękę starca, ułożył ją i pocałował.
Antoni od najwcześniejszego dzieciństwa wykazywał wiele zainteresowań i upodobań. Uwielbiał muzykę poważną, lubił sport, jazdę rowerem. Z kolegami często wyruszał na dalekie wycieczki rowerowe. Konstruował maszyny i modele samolotów. Te wszystkie dziecięce zamiłowania rozwinęły się później, gdy zaczął spełniać swoje obowiązki w wojsku jako motocyklista i, wreszcie, jako pilot. 

ANTONI SCHEUR. Cz. 3.: Pragnienie pokoju i dobra dla innych

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 3.: Pragnienie pokoju i dobra dla innych

Mały Antoni nie lubił sprzeczek. Gdy tylko widział zagniewanych kłócących się ludzi w pobliżu, natychmiast starał się, ze wszystkich sił, doprowadzić do tego, by się pogodzili. W kilka lat po jego śmierci, pewna gospodyni wiejska opowiadała: Będąc młodą dziewczyną szłam drogą ze swoją koleżanką. Zobaczyłyśmy dwóch gospodarzy, kłócących się ze sobą zajadle. Zanosiło się na bójkę. Przerażone, chciałyśmy ich ominąć, wtem nadjechał na rowerze pan Antoś, który zatrzymał się przed gospodarzami rzekł do nich: „Panowie gospodarze, dlaczego się tak kłócicie? Pan Bóg się za to gniewa, ludzie pracujący na polu śmieją się z was. O co wam chodzi?” Odpowiedzi gospodarzy nie pamiętam, tylko powiedzenie pana Antosia: „Podajcie sobie ręce i pocałujcie się”. Po tych słowach, jak relacjonowała gospodyni, zdumione dziewczęta zobaczyły wzajemny uścisk pokoju obydwu gospodarzy, jeszcze przed chwilą zajadłych wrogów.
Życzliwość względem ludzi oraz pragnienie dla wszystkich dobra rozwijały się w Antonim coraz bardziej. Świadczą o tym wspaniale karty jego Pamiętnika. Bardzo często pytał sam siebie: Co uczyniłem dobrego dla bliźnich? Czy starałem się ich rozweselić, pocieszyć?
Jednocześnie, odznaczał się subtelnym wyczuciem złości ludzkiej. Będąc kilkuletnim chłopcem twierdził, ze podając rękę poznaje, czy dany człowiek jest dobry. Złymi jednak nie gardził. Bał się ich i pragnął, by się zmienili na dobrych. W Pamiętniku zapisał: Dopiero teraz rozumiem, jak trzeba kochać ludzi. Dotąd czułem to mniej więcej, ale dopiero teraz zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Kochać człowieka niezależnie od tego, jakim on jest, czy dobrym czy złym, czy sympatycznym czy też nie. Kochać, to znaczy chcieć dla niego wszystkiego najlepszego, chcieć, żeby był on  najdoskonalszym, starać się wyobrazić sobie ideał, do jakiego powinien on dążyć, popierać go w nim, wywoływać, rozwijać wszelkie dobre chęci i aspiracje. Jednocześnie, trzeba się wystrzegać słabości względem ludzi. Jeżeli np. będę kochał kogoś złego i będę się starał do niego dostosować lub wpadnę pod wpływ tej osoby, to może być zgubne dla nas obojga (15 października 1919). Dobrych po prostu kochać i mieć do nich zaufanie – a niepewnym, złym, zepsutym życzyć z całego serca poprawy, odnalezienia właściwej drogi, zmiany warunków życia i w ogóle wszystkiego najlepszego (18 grudnia 1919 r.).

ANTONI SCHEUR. Cz. 4.: Radość i powaga życia

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 4.: Radość i powaga życia

Antoni do ostatnich dni zachował wielką radość życia. Był zawsze wesoły, ale – jak pisze ks. Tworkowski – nie tą hałaśliwą wesołością, z beztroski lat dziecięcych płynącą. To było wesele nieba, odbijającego się w czystej duszy  dziecka, młodzieńca.
Radość czerpał z obserwacji życia ludzkiego, z przyrody, z towarzystwa matki, z pełnienia codziennych obowiązków dziecka, ucznia, studenta, żołnierza i pilota. Nie zatrzymywał radości tylko dla własnego wnętrza: pragnął jej udzielać tym wszystkim, którzy sami zdobyć nie mogli. Dnia 28 września 19120 r. zapisał: Dla każdego mam życzliwość, staram się wywołać uśmiech u ludzi ponurych, smutnych rozweselać… Radość towarzyszyła mu nawet w ciężkim życiu żołnierskim, w smutnym przeżyciu po śmierci ojca, w chorobie trapiącej go przez pewien czas w wojsku.
Wesołość Antoniego nie była powierzchowna. Łączyła się z głęboką powagą życia, poważnie bowiem traktował życie. Jego mama wspominała później: Antoś lubił rozmawiać ze mną o poważnych rzeczach. To dziwiło nieraz nauczycielkę. Dziecko w moim pojęciu nie było lalką, tylko małym człowiekiem, któremu można i trzeba było wyjaśniać nawet bardzo głębokie pojęcia religijne, etyczne i naukowe. W Antosiu miałam zawsze najchętniejszego słuchacza, z którym nieraz całymi godzinami rozważałam rozkoszne dla matczynego serca słówko: „dlaczego?”.
O pobożności swojego dziecka, mama opowiadała: Co do pobożności to Antoś jej zbytnio nie ujawniał na zewnątrz. Maleńkiemu jeszcze dziecku pokazywałam obrazki z życia Pana Jezusa. Słuchał objaśnień ciekawie i prosił codziennie o nowe opowiadanie. W jedenastym roku życia przyjął Pierwszą Komunię Świętą. Później chętnie spowiadał się i przyjmował Eucharystię. Na mszę świętą nigdy się nie spóźniał, zachowanie jego w kościele było pełne pobożności i skupienia.
Między innymi, właśnie dzięki rozmowom z mamą, będąc jeszcze małym dzieckiem, Antoni już zdawał sobie sprawę z celu życia ludzkiego, którym jest Pan Bóg. Bóg był dla malca najwyższym autorytetem. Mama nie musiała mu narzucać siłą woli czy kary. Wspomnienie o Panu Bogu wystarczało do pełnego opanowania dziecka.

Przez całe swoje życie, Antoni najgłębszy cel swojego istnienia widział w udoskonalaniu własnej osoby na wzór Boga Ojca, by później z Nim się zjednoczyć na całą wieczność. Pisał: Chcę ciągle pamiętać, że żyję po to, żeby służyć Bogu, kochać Go ze wszystkich sił, dążyć do doskonałości. (…) Chcę być doskonałym, jako i Ojciec Niebieski doskonałym jest (Pamiętnik, 15 lipca i wrzesień 1919 r.). Dzięki świadomości tego celu, Antoni w swoim życiu połączył radość z powagą. 

ANTONI SCHEUR. Cz. 5.: Czystość serca i sumienia

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 5.: Czystość serca i sumienia

Radość życia Antoniego, jak twierdzi ks. Tworkowski, miała swoje źródło w niewinności jego duszy i głębokiej pokorze. Czystość serca objawiała się we wstręcie, jaki czuł do wszelkiego brudu moralnego, a także w unikaniu nieprzyzwoitego towarzystwa. Mama opowiadała po latach: Pewnego razu, Antoś wrócił z sąsiedztwa, gdzie była zabawa, mocno zdenerwowany. Nic mi nie mówił, dopiero później od osób trzecich dowiedziałam się, iż w tym towarzystwie znalazł się młody człowiek, który pokazał jednej z panienek nieprzyzwoitą pocztówkę. Panienka ta uśmiechnęła się, nie okazując oburzenia. Zauważył to jednak Antoś, który natychmiast oświadczył, że w towarzystwie takiej młodzieży znajdować się nie może. Zebrani zmusili nieprzyzwoitego chłopca do opuszczenia towarzystwa. Antoś na prośbę wszystkich obecnych został.
Antoni znał dobrze wartości moralne i zgodnie z nimi postępował, ale nigdy się z tego nie chełpił. Pochwały sprawiały mu wielką przykrość. Pisał na ten temat: Słyszę dużo komplementów i zachwytów nad sobą, bardzo tego nie lubię, sprawia mi to przykrość… Ja jednak, o ile chcę być dobrym, miłym eleganckim czy też dobrze latać, to robię wszystko wyłącznie dla Boga i z miłości do Niego (Pamiętnik, 6 marca 1920).
W pismach Antoniego znaleźć można wiele przejawów głębokiego bólu i upokorzenia z powodu własnej słabości, niemocy, z powodu „starego człowieka”, tak innego od ideału, ku któremu chciał dążyć. Wielką pomocą umożliwiającą mu wytrwałość w dążeniu do doskonałości był sakrament spowiedzi. Dnia 14 czerwca 1916 r. pisał: Najwięcej się cieszyłem z tego, że akurat przed imieninami byłem u spowiedzi i sumienie mam czyste.
Czystość serca i sumienia nie wypływała u Antoniego z nieświadomości dziecięcej, lecz z intensywnej pracy nad sobą, pełnej walki ze swoimi słabościami. Nie był nigdy odludkiem. Stając się przystojnym młodzieńcem, miał powodzenie u dziewcząt, chętnie brał czynny udział w wieczorkach tanecznych. Jednak nawet taniec był motywem do głębokiej refleksji nad życiem. Pisał: Bardzo miłe i sympatyczne wrażenie zrobiła Konczyńska. Odtwarzała rzeczy pełne wdzięku, słoneczności, młodości, pogody. Niech więc Bóg da, żeby szła dalej tą drogą, żeby robiła szybkie postępy, oddziaływała jak najlepiej na zdenerwowane dusze, których obecnie tak dużo jest na świecie…
W innych miejscach, zapisywał swoje myśli o dziewczętach: Mam w sercu na różnych numerach hipoteki panienek, w których się kocham (9 listopada 1919). Mam dużo przyjaciółek, którymi się opiekuję, daję im rady i strzegę od złego (28 września 1920).
Ksiądz Tworkowski, komentując powyższe zapiski, stwierdził: To były sympatie i miłości anioła stróża. W młodzieńczych swoich marzeniach tworzył swój typ kobiety, z którą by przeszedł przez życie. Ale jego ideał to nie piękność, nie wytworność, ale „aby ta, którą pokochałbym, dążyła do Boga, doskonałości, aby była prawdziwym człowiekiem” (Pamiętnik, dnia 6 marca 1920).
Dnia 24 listopada 1919 r. Antoni pisał: Ponieważ nie chcę ani siebie, ani kogoś innego narażać na zawody, więc trzymam się wrogo względem uczucia miłości – koniec. Czekam na jakąś osobę, która by mi się pod każdym względem podobała, i w której charakter i dążność naprawdę bym wierzył oraz której bym wierzył, że mnie lubi, kocha i interesuje się moimi sprawami. Zachodzi tu jednak pytanie, czy bym, umiał jej to wszystko wynagrodzić, chociażby robiąc ciągłe starania i wysiłki w tym kierunku, - by być wiernym i troskliwym. Przypuszczam, że tak. Mam dużo dobroci i dobrych chęci, a chociaż byłyby bezwarunkowo różne przejścia, to jednak pewno kończyłyby się zawsze dobrze,. Ale czy istnieje taka osoba, dla której nie żałowałbym takiej ustawicznej pracy i poświęceń?

ANTONI SCHEUR. Cz. 6.: Szkoła i początek służby wojskowej

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 6.: Szkoła i początek służby wojskowej



Antoni pierwsze wykształcenie otrzymał od prywatnych nauczycieli w domu rodzinnym. Po zdaniu egzaminów, został przyjęty do trzeciej klasy gimnazjum w Warszawie. Nie odznaczał się ani wybitną pracą, ani wyjątkowymi zdolnościami.
Szkołę tę ukończył wiosną 1914 r. Początkowo, chciał wyjechać na studia techniczne do Francji, rodzice jednak zdecydowali, ze zostanie w kraju i wstąpi na Politechnikę Lwowską. Wybuch wojny uniemożliwił realizację tych planów.
Antoni został powołany do wojska rosyjskiego. Pierwszym postojem jego oddziału był Smoleńsk. Szybko zasłużył na szacunek i wielkie uznanie u przełożonych i kolegów. Wkrótce, rodzice postarali się o zwolnienie z wojska. Wstąpił do Instytutu Handlowego w Kijowie, ciągle jednak myślał o życiu żołnierskim. Uzyskał przyjęcie do oddziału motocyklowego w Wołoszczycach, jego zadaniem było rozwożenie rozkazów wojskowych i sprawdzanie dróg przed przemarszem głównych wojsk. W tym czasie bardzo dużo chorował. Swoje choroby pojmował jako próbę, przez którą Pan Bóg chciał uszlachetnić i udoskonalić jego duszę.

W lutym 1916 r. Antoni zdobył przydział do belgijskiego oddziału samochodów pancernych. Poziom, żołnierzy był tu nieporównywalnie wyższy niż w wojsku rosyjskim. Pozostał w tym oddziale do roku 1918, zatrzymując się wraz z nim w Świętoszynie pod Kijowem, następnie w samym Kijowie. Mama zamieszkała w pobliżu, Antoni często ją odwiedzał. Po jakimś czasie, Belgowie wycofali się do Belgii. Antoni z kilkoma kolegami został w Kijowie. Po długich walkach pomiędzy bolszewikami, Ukraińcami i tzw. białą gwardią, miasto zajęli Niemcy. Matka rozpoczęła starania o powrót do kraju, udało się to w sierpniu 1918 r., Przez pewien czas mieszkała z córkami w Lublinie. Antoni wstąpił na wydział mechaniczny Politechniki w Warszawie. 

ANTONI SCHEUR. Cz. 7.: Lotnictwo

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 7.: Lotnictwo

Na froncie zachodnim każdy dzień przynosił zmiany, ostatecznie w listopadzie 1918 r. Niemcy ponieśli zdecydowaną klęskę, byli zmuszeni wycofać się i prosić o pokój. Studenci polscy wzięli żywy udział w rozbrajaniu oddziałów niemieckich i zbiorowo wstępowali do armii polskiej.
Antoni otrzymał przydział do lotnictwa, został komendantem na terenach lotniczych zajmowanych dotychczas przez Niemców i pod swoją pieczę dostał płatowce oraz materiały lotnicze. Rozbudziło się w nim powołanie do bycia lotnikiem, pilotem. Dzięki swoim zdolnościom i nadzwyczajnym zaletom, wszędzie zyskiwał szacunek i zaufanie. Gdy zdał egzaminy na mechanika, dowódcy chcieli mu powierzyć kilkanaście aeroplanów, lecz on się nie zgodził, czując, że jest za mało kompetentny.
Wstąpił do szkoły lotniczej w Warszawie, prowadzonej przez komendanta de Chivré i konstruktorów francuskich. W wyjątkowo krótkim czasie ukończył tę szkołę, po czym wysłano go do szkoły lotniczej do Poznania, na stanowisko pilota – instruktora. Przy końcu 1919 został podchorążym, następnie dowódcą I Dywizji szkoły lotniczej w Dęblinie, przeniesionej w sierpniu 1920 do Bydgoszczy.
Antoni wiele razy składał podanie o przeniesienie do służby czynnej, zawsze otrzymywał odmowę. Major de Chivré widział w nim bowiem przyszłego wspaniałego instruktora, który będzie potrzebny do wychowania zastępów lotników polskich w odrodzonej, niepodległej Polsce.
Z tego okresu pochodzi wiele zapisków zaświadczających, że sam Antoni pragnął w lotnictwie dojść do najwyższej możliwej własnej doskonałości. Pisał między innymi: Niech się dzieje co chce, musze być wspaniałym lotnikiem, chcę dojść w tej dziedzinie do maximum doskonałości. Postanowiłem to sobie w pierwszym rzędzie. Ma się rozumieć, wszystko to będzie dobrze, o ile karku nie skręcę, ale na to nie ma rady i… niech się dzieje wola Boska (5 grudnia 1919 r.). Myślę o swojej przyszłości. Jak najlepiej nauczyć się latać. Jak najprędzej ukończyć szkołę. Uczyć się w Politechnice. Uczyć się po angielsku, o ile się da. Zostać podporucznikiem. (…) Robić teraz jak najwięcej stosunków w lotnictwie. Poza tym, żyć skromnie i oszczędnie, spokojnie i systematycznie. Dobierać sobie towarzystwo, z którego bym korzystał umysłowo i moralnie, które by na mnie działało w sposób dodatni, podnoszący (6 grudnia 1919 r.). Aby być pożytecznym Polsce, musze być doskonałym w jakimś fachu, a więc musze być w wyższym stylu lotnikiem. Muszę się pozbyć wszystkich myśli, przyzwyczajeń i przekonań, które mi przeszkadzają, żeby zostać wspaniałym lotnikiem. Jest to, co prawda, rzecz ryzykowna, chodzi o życie, ale robię to dla Boga: do Niego należy moje życie, nie potrzebuję się niczego bać, bo jeżeli co mi się przytrafi, to dla Boga to poniosę (29 lutego 1920).
Antoni pragnął doskonałości całego swojego życia, doskonałości we wszystkim, co robił. Pragnął być doskonałym nie tylko przez wzgląd na siebie, ale przede wszystkim dla Ojczyzny i Boga. Z tej motywacji czerpał wielką, niestrudzoną wytrwałość.

ANTONI SCHEUR. Cz. 8.: Ostatni lot - śmierć - pogrzeb

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 8.: Ostatni lot - śmierć - pogrzeb

Dzień 28 września 1920 r. był bardzo pochmurny i wietrzny. Antoni otrzymał polecenie: lot ćwiczebny w celu przeegzaminowania ucznia S. Cybulskiego, na samolocie o podwójnym, drążku sterowym. Z późniejszych opowieści tego ucznia – lotnika wynika, że był to bardzo trudny lot. Cybulski mówił: Obserwujący z dołu naszą „Piątkę” lotnicy twierdzili, że w czasie tego zakrętu wiatr podbił skrzydła, co spowodowało ślizgnięcie się po powietrzu naszego płatowca, który straciwszy wymaganą szybkość, dostał się w tzw. korkociąg i całym ciężarem runął na plac cegielni obok lotniska. Żyliśmy obydwaj, ale nieprzytomni.
Uczeń przeżył katastrofę, wyzdrowiał. Antoni Scheur żył jeszcze tylko 18 godzin i nie odzyskawszy przytomności zmarł 29 września 1920 r.
Z najbliższej rodziny, w pogrzebie wzięła udział tylko matka i dwie siostry, do reszty bliskich nie dotarła na czas informacja. Mama była zadziwiona, że jej syn Antoni zdobył tyle miłości i uznania w swoim środowisku. Wyrazem tego były uroczystości pogrzebowe.
Trumna z ciałem Antoniego spoczęła na białym samolocie, przystrojonym w kwiaty. Na niej było dużo wieńców od polskich wojskowych dowódców. W pochodzie szło wojsko z wiązankami kwiatów o szarfach w barwach polskich i francuskich, rozbrzmiewała muzyka i salwy z broni palnej. Ponad ludźmi – eskadra samolotów, z których opadały na pochód różnobarwne wianki. Wszystko to, jak pisze ks. Tworkowski, …czyniło wrażenie podniosłe, wielkiego żalu wprawdzie, ale miłości, hołdu i uznania, na jaką tylko tak szlachetny duch mógł zasłużyć.

W czerwcu 1929 r. szczątki Antoniego Scheura zostały przeniesione do rodzinnego grobowca na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

ANTONI SCHEUR. Cz. 9.: Przesłanie Antoniego Scheura

Marek Paweł Tomaszewski
ANTONI SCHEUR

Cz. 9.: Przesłanie Antoniego Scheura

Antoni zakończył życie ziemskie niespodziewanie. Był jednak dobrze przygotowany: zarówno do śmierci, jak i do dalszego życia. Przez śmierć w tak młodym wieku, mając 24 lata, osiągnął swój cel: poznanie, zrozumienie i umiłowanie do końca Boga w najwyższej doskonałości Nieba.
Życie Antoniego pięknymi słowy podsumował, na zakończenie napisanej przez siebie biografii lotnika, ks. Stanisław Tworkowski. Warto je tutaj przytoczyć, gdyż stanowią swoiste przesłanie, jakie Antoni Scheur pozostawił następnym pokoleniom Polaków:
Życie jest tak krótkie i tak znikome…Z jego bogactw, sławy, rozgłosu, krzykliwej reklamy – nie pozostaje zgoła nic. Prawo do nieśmiertelnego bytu zdobywa tylko to, co narodziło się z ducha wiary i miłości. Duch Antoniego Scheura – to duch wiary. Czyny jego przez nią były natchnione. Wiara w Boga Jedynego i w Pana Jezusa i w Ducha Świętego i w Matkę Boską, wiara w Opatrzność Boską, która człowieka wiedzie ku właściwemu przeznaczeniu. Z wiary tej powstała dziecięca ufność i uległość. Wszędzie i zawsze żył z Bogiem, czuł obok siebie Jego ojcowską  obecność. Antoni Scheur to przykład wiary tętniącej życiem, wiary czynu, nie formy, wiary działania, a nie dewocji. Jego religia to nie sentyment czy westchnienie, nie formułka pozbawiona wewnętrznej treści, ale ufny, dziecięcy stosunek do Boga i życie dostosowane do zasad wiary.
Antoni Scheur – to apostoł prawdziwej miłości. Społeczne życie, zarówno w Ojczyźnie naszej, jak i na całym świecie, oparte jest w znacznej mierze na walce jednych z drugimi, na nienawiści, która nieraz przeobraża się w zbrodnię gwałtu silniejszych nad słabszymi. Wzorem bezinteresownej miłości jest postać tego żołnierza polskiego, kość z kości naszych, nie odludka, nie mistyka, ale człowieka żyjącego w świecie, wśród ludzi – całą pełnią młodości. Niechaj uczy ona przede wszystkim naszą młodzież ofiarnej i świętej miłości Boga i Ojczyzny. Niechaj spełni z niebieskich oddali rolę instruktora w wielkiej Chrystusowej Polsce – w przysposobieniu całego narodu ku podniebnym lotom.

poniedziałek, 23 września 2013

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 1.: Narodziny

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Z „Martyrologium Rzymskiego”: 13 maja, w zakonach św. Dominika: W Bolonii wspomnienie drogiej śmierci błogosławionej Imeldy Lambertini z zakonu Dominikanek. Po pierwszej Komunii, której gorąco pragnęła, niezdolna do zniesienia niezwykle potężnego ognia miłości zaraz zakończyła szczęśliwie drogę życia swojego jako żertwa miłości i weszła do nieba, aby tam królować († 1333).

Cz. 1.: NARODZINY

Hrabia Egano Lambertini – ojciec Imeldy – był bolońskim arystokratą z szanowanego i wpływowego rodu o pradawnych tradycjach katolickich. Powołano go na przewodniczącego takich włoskich miast jak Città di Castello, Orvieto i Rimini. W swojej rodzinnej Bolonii należał do miejskiej starszyzny. Gdy jego pierwsza żona zmarła po porodzie syna Guido, Egano ożenił się raz jeszcze. Druga małżonka – Castora Galuzzi – także pochodziła ze znaczącej rodziny. Do jej przodków należeli m. in. fundatorzy bolońskiej bazyliki maryjnej San Luca. Ważniejsze od arystokratycznego pochodzenia i zamożności jest jednak to, że obydwoje byli ludźmi roztropnymi, sprawiedliwymi i pełnymi bojaźni Bożej.
Nie jest znana dokładna data ani nawet rok narodzin Imeldy. Tę dziewczynkę Bóg podarował małżeństwu pomiędzy 1320 i 1322 r. Z jej najwcześniejszych lat dziecięcych nie ma żadnych wzmianek w materiałach biograficznych. Pewne jest, że matka wpoiła w życie i pragnienia swojej córeczki własny kult Najświętszego Sakramentu. Warto wspomnieć, że Castora w swoim testamencie nakazała, aby ofiarowano liczne świece, by …oświetlić Ciało Chrystusa przy podniesieniu, pragnęła także ufundować ołtarz w karmelitańskim kościele Św. Marcina, dla uczczenia Ciała i Krwi Pańskiej.

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 2.: Powołanie

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Cz. 2.: POWOŁANIE

Mama wcześnie zaczęła zabierać swoją małą córkę do Kościoła. Można sobie teraz tylko wyobrazić, jak Pan Jezus ofiarujący się w Ofierze Mszy Świętej napełniał serce Imeldy miłością i współczuciem, a także, jakie wrażenie na niej wywierała uroczysta, podniosła atmosfera Najświętszej Ofiary.
Imelda wiele razy wypytywała swoją mamę, po co ludzie, pod koniec Mszy Świętej, idą do ołtarza, co tam dostają. Mama jej tłumaczyła, że tam Pan Jezus zstępuje do ludzkich serc. To był początek ogromnej tęsknoty Imeldy, której ludzie nie mogli zaspokoić, gdyż tak małe dzieci nie mogły przyjmować Komunii Świętej.
Równocześnie, w sercu dziewczynki pojawiło się inne pragnienie. Była mianowicie dogłębnie poruszona tym, że są takie kobiety, które całe swoje życie niepodzielnie poświęcają Chrystusowi poprzez modlitwę i codzienną pracę w klasztorze. Stało się to bardzo bliskie dziewczynce od razu, gdy zaczęła z mamą odwiedzać siostry dominikanki w ich bolońskim klasztorze. Życie klasztorne było bardzo pociągające dla Imeldy: wiedziała, że w klasztorze służyła by Panu Jezusowi, miała by dużo czasu na modlitwę, zamieszkała by z Nim pod jednym dachem.

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 3.: Zgoda rodziców na realizację powołania

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Cz. 3.: ZGODA RODZICÓW NA REALIZACJĘ POWOŁANIA



To wezwanie do życia zakonnego ugruntowało się w sercu Imeldy. Rozmawiała o nim z rodzicami. Oni natomiast widzieli, że jej pragnienie nie było łatwym do zapomnienia, słomianym ogniem. Widzieli, że córeczka ma ten cel nieustannie przed oczyma, a także i to, że ich mała dziewięciolatka różni się bardzo od rówieśniczek powagą, gorliwością modlitwy i potrzebą wyciszenia. Doszli zatem do wniosku, że za pragnieniem Imeldy kryje się bezpośrednie wezwanie Pana Jezusa.
Trudno jednak było podjąć ostateczną decyzję. Prawdopodobnie stało się to w roku 1330, przy okazji małżeństwa starszego brata Guido z hrabianką Giuseppiną de Malavolti. Zgodnie z ówczesnymi zwyczajami, para zamieszkała w domu pana młodego, czyli w pałacu hrabiego Egano Lambertini. Zaczęły się teraz w domu Imeldy nieustanne odwiedziny i huczne imprezy towarzyskie. Rodzice dobrze przeczuwali, że dziewczynka w tej sytuacji będzie bardzo cierpieć, bowiem tęskniła za skupieniem i ciszą modlitewną. Dali jej zatem ostateczne pozwolenie na wstąpienie do zakonu sióstr dominikanek. 

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 4.: Siostra Imelda: dziewięcioletnia dominikanka

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Cz. 4.: SIOSTRA IMELDA: DZIEWIĘCIOLETNIA DOMINIKANKA

Imelda przybyła do klasztoru. Otrzymała habit zakonny na okres próby. Była wychowywana i kształcona przez siostry dominikanki, w ten sposób należy rozumieć jej nowicjat w zakonie. Z pewnością pozwolono dziewczynce, ze względu na młody wiek, na udział tylko w bardzo uproszczonych i ułatwionych modlitwach, pokutach i postach.
W obrębie murów ówczesnej Bolonii istniało pięć klasztorów sióstr dominikanek. Imelda jednak trafiła do Val di Pietra, leżącego poza murami miejskimi klasztoru św. Marii Magdaleny. Ten konwent leżał na uboczu i zapewniał wiele przestrzeni na ciszę i modlitewne zgromadzenie. Istniejący w nim pierwotny duch dominikański ożywiał pośród sióstr przede wszystkim żywą cześć ku Najświętszemu Sakramentowi. Relacja nieznanego autora krótko prezentuje, jak toczyło się życie dominikanek w Val di Pietra: Żyły w zjednoczonym, nieprzerwanym milczeniu. Do ich ćwiczeń pokutnych należały częste posty, posiłków mięsnych w ogóle nie było. Prace klasztorne siostry wykonywały w ciszy i pokorze, kierując swoje myśli ku Bogu i tak modliły się również rękoma. W czasie modlitw wspólnotowych wznosiły się przepełnione miłością śpiewy do Boga….

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 5.: Pragnienie Komunii Świętej

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Cz. 5.: PRAGNIENIE KOMUNII ŚWIĘTEJ

Do początku XX wieku dzieci były dopuszczane do Pierwszej Komunii Świętej dopiero, gdy osiągnęły 12 – 14 rok życia. Zmienił to Papież Pius X, który sam w latach swojego dzieciństwa długo czekał z utęsknieniem na przyjęcie po raz pierwszy Pana Jezusa Eucharystycznego. Ojciec Święty zalecił, by dzieci jak najwcześniej doprowadzać do Eucharystii, już wtedy, gdy poznają w wierze, że to nie jest zwykły chleb, lecz sam Pan Jezus. Warunkiem tego oczywiście jest to, by miały wierzących rodziców, którzy sami doceniają prawdziwie ten Sakrament.
W czasach Imeldy nie było jeszcze tego pozwolenia. Dziewczynka miała natomiast nadzwyczaj wielką miłość do Eucharystii oraz gorliwe pragnienie świętości. Mnich Celso di Sasseferrato, który pod koniec XVI wieku napisał najstarszą pracę o Imeldzie, stwierdza: Po swoim wstąpieniu do Zakonu, w dyscyplinie i świętości obyczajów Imelda przewyższała inne siostry, które w swym wieku i liczbie lat życia zakonnego były o wiele bardziej posunięte.
Młodziutka Imelda ze smutkiem patrzyła, jak pozostałe siostry szły podczas Mszy Świętych do przodu, by klęcząc na stopniach ołtarza, z rąk kapłańskich przyjąć Pana Jezusa. Chociaż księża i przełożeni znali nadzwyczajną duszę dziewczynki, nie widzieli żadnej możliwości, by dopuścić ją do Komunii Świętej, jako że to było zakazane dla tak małych dzieci.
Powiedzcie, kochane siostry, jak to jest możliwe, Boga do swojego serca przyjąć, nie umierając przy tym z miłości do Niego? – są to jedyne słowa Imeldy, które przez wieki przetrwały do dnia dzisiejszego. Boski Oblubieniec nie pozostawił bez odpowiedzi miłującej tęsknoty tego młodego serca. Spełnił marzenie Imeldy przez zadziwiające, historycznie pewne i potwierdzone, cudowne zdarzenie.

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 6.: Cud Eucharystyczny

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Cz. 6.: CUD EUCHARYSTYCZNY
Dzień 12 maja 1333 roku, wigilia uroczystości wniebowstąpienia Pana Jezusa, był trzecim dniem modlitw krzyżowych. Introit czyli Wprowadzenie do Mszy Świętej brzmiało: Ze swej Świątyni Pan usłyszał moją modlitwę i mój krzyk dotarł do Jego uszu. Później natomiast Ewangelia głosiła: Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone.
Słysząc i przyjmując te słowa, Imelda bardziej niż kiedykolwiek pragnęła przyjąć Jezusa w Komunii Świętej. We Mszy Świętej uczestniczyła z nadzwyczajną pobożnością i skupieniem, nie mogąc przystąpić do Najświętszego Sakramentu. Gdy pozostałe siostry, po Eucharystii, odeszły już do swoich codziennych prac, Imelda sama wróciła do kaplicy. Tak czyniła zawsze, gdy tylko miała wolne chwile. Nagle, z chóru rozbłysnęło niezwykle jasne światło, oświecając całą kaplicę promieniami, a jednocześnie zaczął się rozchodzić od niego słodki zapach. Imelda wzniosła oczy, by poszukać źródła tego światła i zapachu. Spostrzegła przy sklepieniu kaplicy unoszącą się samoistnie, promieniującą białą hostię. Mała Siostra od razu zrozumiała tajemnicę tej łaski. Przyciągnięta miłością Jezusa, poruszona swoją żarliwą tęsknotą, podniosłą się i stanęła z wyciągniętymi ku górze ramionami.
W tej chwili, zwabione niezwykłym zapachem i światłem, do kaplicy przyszły pozostałe siostry. Patrzyły z podziwem na cud i zwróconą ku Hostii Imeldę. Dla wszystkich było oczywiste, co Bóg chciał przekazać światu przez to cudowne zdarzenie. Siostry posłały po kapłana. Przybył Ojciec Aldrovando, ubrany w szaty liturgiczne. Wyciągnął przed siebie rękę, w której trzymał złotą patenę. Wtedy Hostia powoli zaczęła opadać i spoczęła na patenie. Kapłan zwrócił się do promieniującej ze szczęścia dziewczynki: Ecce Agnus Dei… Spójrz, oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata….
Imelda uklęknęła i otwarła delikatnie swoje usta, by do ust z drżących rąk kapłańskich przyjąć Tego, który zechciał w tak cudowny sposób spełnić jej serdeczną tęsknotę: Pana Jezusa jako Najświętszą Hostię. Klęcząc na podłodze, pozostała nisko pochylona. Siostry wyszły, chcąc pozostawić ją samą, by mogła oddać się w ciszy dziękczynieniu.

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 7.: Śmierć z miłości do Eucharystii

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Cz. 7.: ŚMIERĆ Z MIŁOŚCI DO EUCHARYSTII

W taki cudowny sposób Pan Jezus sam pokazał, że chciał Siebie podarować małej Imeldzie. Siostry były tym głęboko poruszone. Gdy po kilkunastu minutach wróciły do kaplicy sądząc, że Imelda powoli będzie kończyć dziękczynienie, zobaczyły, że dziewczynka już zmarła. Zmarła z miłości do Pana Jezusa Eucharystycznego. Przypomniały sobie jej słowa: …jak to jest możliwe, Boga do swojego serca przyjąć, nie umierając przy tym z miłości do Niego?

Doczesne ciało było jakby zbyt ciasne, pomieścić przeogromną radość ze spotkania ze Zbawicielem. Po zjednoczeniu z Panem Jezusem, rzeczywiście obecnym w Przenajświętszym Sakramencie, nastąpiło zjednoczenie w Niebiańskiej uczcie Weselnej, dokąd Imelda weszła na skutek ogromnej miłości i szczęścia. 

Bł. IMELDA LAMBERTINI: Cz. 8.: OPINIA ŚWIĘTOŚCI

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI

Cz. 8.: OPINIA ŚWIĘTOŚCI

Cud Eucharystyczny, jaki stał się udziałem małej Imeldy, nie mógł pozostać w ukryciu. Arystokratyczna rodzina Lambertinich była znana w mieście i regionie. Wszyscy wiedzieli, że mała córeczka hrabiego poszła do zakonu. Szybko rozprzestrzeniła się wieść o jej świętej śmierci. Ciało dziewczynki pochowano nie na cmentarzu zakonnym, lecz w szczególnym miejscu klasztornej Drogi Krzyżowej. Napis na pomniku nagrobnym uwiecznił cud.
Z upływem lat, coraz więcej wiernych nawiedzało grób Imeldy, by zawierzać jej wstawiennictwu swoje troski i potrzeby oraz dziękować za już wysłuchane prośby. Nieustanny, coraz większy ruch pielgrzymkowy zakłócał spokój sióstr zakonnych, więc, za pozwoleniem Ojca Świętego Piusa V w roku 1566 skierowano tenże ruch z Val di Pietra do wnętrza miasta. W roku 1582 odbyło się pierwsze przeniesienie doczesnych szczątków Imeldy, powszechnie uważanej już za błogosławioną. Relikwie umieszczono w nowo wybudowanym klasztorze. Wtedy właśnie jej imię po raz pierwszy zostało wpisane do katalogu świętych i błogosławionych miasta Bolonii.
W roku 1724 miały miejsce urzędowe oględziny ciała Imeldy, przy tej okazji relikwie przekazano do kościoła oraz rodzinie Lambertinich. Nadzieja na oficjalną beatyfikację przyszła wraz z wyborem Prospera Lambertiniego – bezpośredniego potomka ojca Imeldy – na Ojca Świętego w roku 1740. Papież Benedykt XIV – takie przyjął imię – wielokrotnie proponował uczczenie Imeldy na różne sposoby, jednak sama beatyfikacja nie została przeprowadzona.
W roku 1798, na skutek szalejącej rewolucji francuskiej, skonfiskowano klasztor w Val di Pietra. Wygnane siostry dominikanki znalazły schronienie przy pewnej rodzinie, zabrały tam ze sobą swój największy skarb – relikwie Imeldy. Wraz z nastaniem spokoju w społeczeństwie, markiz Malvezzi, który jeszcze w czasie zamieszek 12 maja każdego roku organizował uroczystości ku czci Imeldy, zorganizował przeniesienie szczątków dziewczynki do Kościoła Św. Zygmunta (San Sigismondo) w Bolonii, późniejszej parafii uniwersyteckiej. Tam znajdują się do dziś.
Nad relikwiarzem w 1880 r. młody artysta Cesare Battini wykonał woskową figurę przedstawiającą Imeldę w habicie dominikańskim podczas snu wiecznego. W tym samym czasie, inny artysta, prof. Angelini, namalował na sklepieniu kościoła obraz ukazujący Imeldę wraz z unoszącą się nad nią Hostią.
Oficjalnego zatwierdzenia kultu bł. Imeldy dla całej rodziny dominikańskiej oraz diecezji bolońskiej dokonał dopiero w 1826 r. Papież Leon XII. Przy tej okazji, powstały teksty Mszy Świętej oraz modlitwy Liturgii Godzin ku czci błogosławionego dziecka na dzień 13 maja.
W drugiej połowie XIX w. chciano przebadać ponownie wszystkie dawne dokumenty. Znaleziono tylko kilka, gdyż akta spłonęły podczas pożaru w 1485 r. Dlatego wiele szczegółów z życia Imeldy, zwłaszcza dat, pozostaje do dziś nieznanych.

W roku 1927 w Bolonii odbył się Włoski Kongres Eucharystyczny. Przy tej okazji, chciano doprowadzić do kanonizacji Imeldy, jednak bez powodzenia. Później, Papież Pius XII udostępnił wszystkie, niezbyt obszerne, pisma o życiu błogosławionej, by ponownie zbadać i potwierdzić heroiczność cnót. Do kanonizacji brakowało tylko jednego, oficjalnie uznanego cudu za jej wstawiennictwem. Ostatnie oględziny relikwii w trakcie procesu miały miejsce 21 października 1950 r.

Bł. IMELDA LAMBERTINI. Cz. 9: PATRONKA DZIECI PIERWSZOKOMUNIJNYCH

Marek Paweł Tomaszewski
Błogosławiona IMELDA LAMBERTINI: 

Cz. 9.: PATRONKA DZIECI PIERWSZOKOMUNIJNYCH

Życie 13-letniej Imeldy także dzisiaj ma ogromne znaczenie. Dla wzoru miłości do Jezusa – Eucharystii czas nie istnieje, ponieważ On w Przenajświętszym Sakramencie jest zawsze ten sam, rzeczywiście obecny.
W roku 1881 r., gdy powstało Bractwo bł. Imeldy, za pozwoleniem Leona XII zaczęto czcić Imeldę jako Patronkę dzieci przystępujących do pierwszej Komunii Świętej. W roku 1910 papież Pius X zatwierdził ten patronat ponownie, a siedzibę Bractwa przeniósł do Rzymu, powierzając kierownictwo nad nim generałowi dominikanów. Zamiarem Piusa X oraz Bractwa było uproszenie dla dzieci łaski dobrej pierwszej Komunii Świętej, pobudzenie ich do umiłowania Najświętszego Sakramentu oraz do wytrwałej, ciągłej miłości ku Jezusowi Eucharystycznemu przez wszystkie lata życia. W tym właśnie wielką pomocą i wsparciem może był przykład oraz wstawiennictwo błogosławionej Imeldy Lambertini, patronki dzieci pierwszokomunijnych. 

SAMOTNOŚĆ: pożytki płynące z samotności

SAMOTNOŚĆ.
siedem pożytków płynących z samotności:

1. Odrywamy się od stworzeń;
2. "Bliżej" jesteśmy Boga;
3. "Lepiej" Jego poznajemy i siebie;
4. Zaprawiamy się do wynagradzania Mu za grzechy i zaniedbania;
5. Pomnażamy gorliwość w pracy wewnętrznej;
6. Wzmagamy tęsknotę za Bogiem;
7. Możemy doznawać "najwyższej rozkoszy" duchowej.

(cytat z: Ks. Kazimierz Zygmunt Dobrzycki OSPPE, Dziecko Boże Rozalia Celakówna. Autobiografia komentowana w trzech tomikach, Skawina 2005, s. 72)

czwartek, 12 września 2013

"DOTKNĄĆ CIAŁA CHRYSTUSA": Święta Maria Guadalupe Garcia Zavala

Marek Paweł Tomaszewski:
 "DOTKNĄĆ CIAŁA CHRYSTUSA";
 Święta Maria Guadalupe Garcia Zavala
artykuł z "ECHA Z AFRYKI I INNYCH KONTYNENTÓW" nr 9 (wrzesień) 2013; historia życia Świętej Matki Lupity - Świętej Marii Guadalupe Garcia Zawala. 




poniedziałek, 29 lipca 2013

Bilet podróżny do Raju

BILET PODRÓŻNY DO RAJU
Odjazd: Każdej chwili. – Przyjazd: Kiedy Pan Bóg pozwoli.

Ceny miejsc:

Klasa I. (Pociąg Kurierski): Niewinność lub męczeństwo, lub też postępowanie wedle rad ewangelicznych (Ubóstwo, czystość, posłuszeństwo).
Klasa II. (Pociąg pospieszny): Pokuta, ufność w Bogu i wierne wykonywanie dobrych uczynków (modlitwa, post, jałmużna).
Klasa III. (Pociąg zwyczajny): zachowywanie przykazań Boskich i Kościelnych i wypełnianie obowiązków stanu swego.
Klasa IV. (Nader rzadko): Nawrócenie na łożu śmiertelnym.

UWAGI:

1) Biletów zwrotnych nie udziela się.
2) Pociągi do miejsc zabaw znikomych nie odchodzą.
3) Dzieci, które nie mają jeszcze rozwiniętego rozumu, nic nie płacą, byleby tylko znajdowały się ma łonie matki, t. j. Kościoła Katolickiego.
4) Uprasza się podróżnych, ażeby nie zabierali innego tobołka, jak tylko dobre uczynki, jeżeli nie chcą się spóźnić albo jeśli na stacji przedostatniej – w czyśćcu – (gdzie każdy zbyteczny tłomok trzeba złożyć) nie życzą sobie mieć przykrego pobytu.
5) Na całej przestrzeni i na każdej stacji przyjmuje się podróżnych.
6) Każdy bilet musi mieć pieczęć łaski uświęcającej.
7. Każdy podróżny może podczas jazdy przechodzić z klasy niższej do wyższej, natomiast wzbrania się surowo przechodzić do klasy niższej, gdyż to byłoby z niebezpieczeństwem życia połączone.
(- na podstawie dawnego obrazka)


poniedziałek, 24 czerwca 2013

"MARI CARMEN: BAMBINA DEL SACRO CUORE"

"MARI CARMEN: BAMBINA DEL SACRO CUORE". Mari Carmen Gonzalez-Valerio y Saenz de Heredia. Articolo scritto da Marek Paweł Tomaszewski






Una Ragazzina piena di Spirito Santo: Mari Carmen Gonzalez-Valerio y Saenz de Heredia

Una Ragazzina piena di Spirito Santo: 
Mari Carmen Gonzalez-Valerio y Saenz de Heredia: articolo scritto da Marek Paweł Tomaszewski

INTERVISTA A DON FRANCO MORICO.

INTERVISTA A DON FRANCO MORICO rettore del Santuario di S. Maria Goretti in Corinaldo (AN) citta' natale della martire da parte di Marek - giovane polacco che sta scrivendo la biografia della martire.

piątek, 21 czerwca 2013

NAUKA z żywota świętego ALOJZEGO GONZAGI, (1568-1591) na dzień 21 czerwca.

NAUKA z żywota świętego ALOJZEGO GONZAGI, (1568-1591) na dzień 21 czerwca.

(cytat z: „Żywoty Świętych Pańskich. Na podstawie kalendarza kościelnego z uwzględnieniem dzieła ks. Piotra Skargi T.J. oraz innych opracowań i źródeł na wszystkie dni całego roku ułożył Ks. Władysław Hozakowski”. Poznań 1908; s. 535.)

Przyswoiłem sobie, mówi św. Alojzy, zdolność, myśleć ciągle bez żadnej trudności o Bogu; ćwiczenie takie jest dla mnie rozrywką i wypoczynkiem i pociechą; cierpieniem jest dla mnie, myśli swe odrywać od Boga.  Stąd też modlitwa i rozmyślanie najmniejszym nie jest dla mnie mozołem; przeciwnie jest przyjemnością i serdecznym pożądaniem. 
Dobroć Bożą przedstawiam sobie jako morze bezbrzeżne niedocieczonej głębi. Ufam w nieskończoną dobroć Boga, w Jego miłosierdzie; ufam w zasługi Krwi Zbawiciela, ufam w przyczynę Najśw. Maryi Panny, żyję nadzieją, że wkrótce dostanę się do nieba. 
Obowiązkiem twym naśladować przykład i świętych, którzy przez Jezusa zdobyli przecież swe zasługi. Ale obowiązkiem twym także, rozmyślać nad życiem i czynami Chrystusa, rozczytywać się w żywotach świętych celem własnego pouczenia i zbudowania własnej duszy. Jeśli czujesz potrzebę jakiej cnoty, proś tych świętych o pomoc, którzy cnotą upragnioną przez ciebie jaśnieli; proś więc o pokorę św. Franciszka z Asyżu, św. Aleksego; o miłość Boga i bliźniego proś św. Piotra i Pawła, św. Maryę Magdalenę; o czystość proś św. Alojzego. Potrzeba nam siły, zwracajmy się do męczenników, potrzeba nam pokuty, prośmy pokutników świętych. 
Dla Boga jesteś na świecie, bo Bóg ciebie stworzył, odkupił, uświęcił. Za te dobrodziejstwa jedynie dla Boga żyć powinieneś, unikając nietylko grzechu, ale i wszelkiego rozproszenia niepotrzebnego. Wierzaj przytem, że zbłądzisz na drodze życia, jeśli nie oddasz się opiece Anioła Stróża; zbłądzisz jak ślepy co nie zna drogi. Wierzaj także, że nie zapanujesz mad sobą i swemi namiętnościami, jeśli nie będziesz mężem modlitwy. 

sobota, 15 czerwca 2013

"ŚWIADKOWIE WIARY. Z Markiem Pawłem Tomaszewskim rozmawiała Ewa Dyl"

"ŚWIADKOWIE WIARY. Z Markiem Pawłem Tomaszewskim rozmawiała Ewa Dyl"
wywiad opublikowany w kwartalniku
"PRZYSTANEK JÓZEFOWIEC, Pismo Parafii św. Józefa Robotnika w Katowicach", luty-maj 2013 (171)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

HYMN BREWIARZOWY (z Jutrzni) ku czci bł. Bogumiła na dzień 10 czerwca


HYMN BREWIARZOWY (z Jutrzni) ku czci bł. Bogumiła na dzień 10 czerwca

Bogumił żył w XII w. Urodził się we wsi Koźmin. W roku 1167 mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim. Związany był z misją wśród Prusów. W roku 1170 zrezygnował z arcybiskupstwa i osiadł jako pustelnik w rozlewiskach Warty i Neru pod Dobrowem. Zasłynął darem modlitwy i nauczania ubogiej ludności. Zmarł 10 czerwca 1182 r., pochowany w Dobrowie. Kult Bogumiła występuje już w średniowieczu. Ogłoszony przez Stolicę Apostolską 27 maja 1925 r. błogosławionym.

Bogumile godzien hołdów,
Opiekunie swego ludu,
Twoje sławne imię znaczy,
Żeś jest wielce miły Bogu.

W tobie Bóg swą dobroć zjawił
I ukazał drogę życia;
Sprawił, że jak wartki potok
Słowa twe poiły owce.

Gdyś nauczał ścieżek wiary,
Potwierdzałeś ją cudami:
Moc szatana ustawała
I wracało chorym zdrowie.

Także nas, o dobry ojcze,
Wyzwól z groźby śmierci wiecznej,
Byśmy mogli razem z tobą
Cieszyć się radością nieba.

Chwała Ojcu i Synowi
Z Duchem Świętym, dawcą łaski,
Dziękczynienie za pasterza,
Który wsławił polską ziemię. Amen.