środa, 3 grudnia 2014

Współcześni świadkowie Męki Pańskiej - ROSSELLA PETRELLESE

WSPÓŁCZEŚNI ŚWIADKOWIE MĘKI PAŃSKIEJ
Z ciemności do światła
Służebnica Boża Rossella Petrellese (1972-1994)


artykuł opublikowany w piśmie "ECHO OJCA BERNARDA" Numer 51 - Boże Narodzenie 2014. 
Pismo Rodziny Matki Pięknej Miłości
strony 19-22.


Kwiat wystawiony na pastwę kataklizmów – w wyrażeniu tym, którym Rossellę określił jej pierwszy biograf, Eugenio Fornasali, zawiera się delikatność kwiatka i tragizm duchowych prób, jakim młoda włoska dziewczyna została poddana. Inny biograf, Massimiliano Noviello, nazwał ja kroplą czystej miłości: Rossella przypomina bowiem krystaliczną, przezroczystą kropelkę wody, która błyszczy w świetle słońca niczym cudowny klejnot. Zanim jednak dotarła do światła tego słońca – światła Bożej Miłości – musiała przejść przez ciemność licznych kataklizmów: choroby od dnia narodzin, zanegowanie normalności i w końcu całkowitą ciemność w tunelu desperacji, czyli depresję najcięższego typu.

Nieuleczalnie chora od dnia narodzin
Przy narodzinach Rosselli, dnia 1 kwietnia 1972 r. w Neapolu, bicie jej serca nie było wyczuwalne. Przeżyła pierwsze dni, ale od początku towarzyszyło dziewczynce wielkie cierpienie z powodu licznych schorzeń. Najtragiczniejsze było to, że przez całe lata lekarze nie potrafili wystawić konkretnej diagnozy i leczyć jej we właściwy sposób. Dopiero w 1977 r., gdy miała 5 lat, w szpitalu dziecięcym w Szwajcarii stwierdzono, że głównym schorzeniem jest wrodzone, trwałe niedomknięcie zastawki tętniczej. Wadę tę początkowo chciano usunąć chirurgiczne, co jest możliwe u każdego chorego, ale nie u Rosselli. Lekarze oznajmili rodzicom, że córeczka nigdy nie zostanie całkowicie wyleczona i musi żyć z tą wadą. Do końca życia nie mogła normalnie bawić się z rówieśnikami, biegać po świerzym powietrzu itp.
Pomimo licznych schorzeń, Rossella od najmłodszych lat wykazywała wielką inteligencję i bogactwo zainteresowań. W szkole otrzymywała same najlepsze oceny, chociaż bardzo często opuszczała zajęcia. Posiadała żywą wyobraźnię i wysublimowaną wrażliwość. Odznaczała się ogromnym pragnieniem nawiązywania relacji z innymi ludźmi, najczęściej jednak bez wzajemności z powodu uprzedzeń do jej ułomności fizycznej. Cierpiała, gdy ci, których chciała obdarzyć serdecznością i przyjaźnią, nie podzielali jej pragnień i odrzucali ją.

Zanegowana normalność
Rossella chciała żyć normalnie. Marzyła o normalnym życiu, pragnęła realizować swoje zwyczajne marzenia: takie, jakie maja wszystkie dziewczyny w jej wieku. Ta normalność była jednak wielką, niespełnioną nadzieją. Była jak oaza na pustyni: widoczna tylko z daleka, z bliska okazuje się być złudzeniem. Po prostu, normalność była ciągle negowana w jej życiu.
Nie potrafiła jeszcze zaufać Panu Bogu. Dotarłszy do 19 roku życia, znała Go nie za dobrze. Nie miała okazji, by dobrze poznać Pana, gdyż jej rodzina nie była praktykująca. Wierzyła w Jego istnienie, ale nie w to, że On może jej pomóc. Nie odkryła jeszcze Jego Miłości, nie odkryła go jako Najlepszego Ojca. To dotrze do niej dopiero później, po okresie najtrudniejszym i wtedy przyniesie wielki pokój. Najpierw musiała przejść przez udrękę bezsensownego zanegowania normalności życia.
Na razie, mając ok. 18 – 19 lat, widziała tylko nierealność zwyczajnego ułożenia sobie życia. Widziała je jako drzewo, któremu obcinają gałęzie, aż pozostaje tylko usychający pień, przypominający szkielet. Myślała w ten sposób, po ludzku.

Desperacka ciemność
To wszystko doprowadziło ją do tunelu desperacji: depresji określonej przez specjalistów jako najcięższego typu, która okazała się jednak nie chorobą psychiczną wymagającą klinicznego leczenia psychiatrycznego, lecz klasyczną nocą ducha, znaną od wieków w teologii duchowości. Mama nie zgodziła się na hospitalizację córki na oddziale psychiatrycznym, dzięki temu mogła zostać w domu rodzinnym i to okazało się najlepszym wyjściem. Od września 1991 do września 1992 kondycja psychiczna Rosselli była tragiczna. Świadczą o tym jej zapiski. Pisała m. in.: Nie dam rady dłużej, nie mam żadnego wyjścia, absolutnie żadnego, muszę tylko umrzeć. Nie mogę tak dłużej! Jedyną moją przyszłością, w najlepszym wypadku, będzie zamknięcie na stałe w zakładzie psychiatrycznym, ale niestety przy całkowitej samoświadomości bezsensowności mojego stanu. Straszne, przerażające! (…) Im bardziej szukam jakiegokolwiek wyjścia, tym więcej odnajduję komplikacji. Im bardziej coś próbuję ulepszyć, tym bardziej wszystko się pogarsza. Im więcej próbuję czynić dobra, tym więcej czynię zła. To jest labirynt, którego ściany i podłoga ponabijane są igłami, to jest nieskończony labirynt, bez żadnego końca. Nie można się ruszyć, przy każdym poruszeniu igły wbijają się w ciało, powodując potoki krwi; a nawet jeśli się stoi nieruchomo, igły i tak już są wbite w ciało i nic ani nikt nie może ich wyjąć, nie można zrobić absolutnie nic. Muszą być wbite, a do tego ta przerażająca świadomość, że z dnia na dzień będzie ich i tak coraz więcej, coraz więcej będzie się coraz głębiej wbijać w ciało nie ma możliwości temu zapobiec. (…)
W końcu, dotarła do skrajnej paranoi. Stwierdziła: Mam straszne przeczucie, że nie jestem bytem ludzkim, ale niczym innym,, jak tylko uosobieniem demona. W tym czasie, miotała się pomiędzy ucieczką od Boga za wszelką cenę a jakąś rozpaczliwą próbą przywoływania Go z czarnej głębi otchłani, w jakiej się znajdowała.

Boże światło
Pomimo tragicznej kondycji córki, mama wiedziała, że wyjście i uleczenie mogło się dokonać wyłącznie mocą Boga, przez działanie Jego łaski. Z desperackiej ciemności, w jaką Rossella wpadła, w końcu udało się jej wyjść. Tak, jak totalny był jej kryzys, tak totalne stało się jej uzdrowienie duchowe. Chociaż do końca trapiły ją poważne schorzenia, to teraz umiała się skoncentrować na swoim duchu, którego prowadziła świadomie do jedności z Bogiem. Ten nowy etap życia, pełen światła i miłości, rozpoczął się we wrześniu 1992 r. na Kongresie Diecezjalnym w Acerra. Dogłębnie poruszyło ja zdanie: Jezus Ukrzyżowany, poprzez miłość, osiągnął skrajne opuszczenie na Krzyżu. Te słowa rozpaliły światło w desperackiej ciemności, w nich Rossella rozpoznała historię swojego życia. Wtedy dopiero pojęła, że jej życie ma ogromną wartość i Panu Bogu zależy na niej.
Kilka miesięcy później, pisała: …po 20 długich latach bólu i cierpienia, zrozumiałam w pełni, że każdy z nas może być pogodny i szczęśliwy tylko wtedy, gdy stara się być w porządku najpierw z samym sobą pod każdym względem i gdy w sobie szuka obecności Bożej, w każdej sekundzie dnia akceptując największą pogodą ducha wszystko, co nas spotyka, bez różnicy: pięknego czy strasznego; gdy stara się czynić wszystko, czego uczy Jezus, poddając się Jemu zawsze we wszystkim.

Narodziny dla Nieba
Dolegliwości i cierpienia fizyczne nie opuściły Rosselli. Po przemianie, potrafiła jednak ofiarować je Bogu, od Niego czerpiąc radość ducha. W roku 1994 w USA przeprowadzono bardzo niebezpieczną i trudną operację. Wyrażając wraz z rodzicami przedtem na nią zgodę, Rossella mówiła: Wszystko, co się wydarzy, będzie zgodne z wolą Bożą. Ofiaruję wszystkie moje cierpienia, zwłaszcza te ponad moje siły, jakie mnie czekają, za wszystkich bardziej cierpiących, bardziej opuszczonych, samotnych, smutnych….
Z powodu licznych powikłań i komplikacji, Rossella zmarła 18 września 1994 r. Wiosną 2010 roku, w związku z daleko już posuniętym procesem beatyfikacyjnym Służebnicy Bożej Rosselli Petrellese, odbyło się uroczyste przeniesienie trumny z jej doczesnymi szczątkami z cmentarza do sarkofagu w Kościele Katedralnym w Acerra koło Neapolu.